|
środa, 22 września 2010
Minęło już kilka miesięcy od kiedy ostatnio coś tu pisałam. Czuję się teraz dziwnie, wracając na "stare śmieci" blogowe, jakbym odwiedzała kogoś od bardzo dawna niewidzianego i... nie wiem jak się zachować :) Czuję się obco! Śmieszna sprawa. Może nie nadaję się na pisanie dziennika, może bardziej pasuje mi jednorazowy zryw wynurzeniowy wtedy, kiedy dopada mnie wena i potrzeba wypisania tego, co gromadzi się w głowie i na sercu... A coś jednak wyrzucić z siebie bym chciała... Może to, że mój syn od kilku dni sam wraca ze szkoły do domu, co za pierwszym razem przyprawiło mnie o palpitacje serca, a teraz tylko setki pytań w stylu "co się z nim dzieje?" w okolicy godziny 13.00? Może to, że nie jest już małym dzieciakiem, ale chłopakiem, nastolatkiem prawie, i w swoim zachowaniu zaczyna nabierać upierdliwości jaką niesie ze sobą wiek nastoletni? Może to, że zaczynam w przyszłym tygodniu studia MBA i jestem lekko, co ja mówię, potwornie, przerażona nakładem wysiłku i czasu, jaki w te studia będę musiała włożyć przez najbliższe 2 lata?! A może to, że jesteśmy w trakcie budowy domu, który spędza nam sen z powiek, a mojemu Mężowi dokłada siwych włosów na głowie? Może jeszcze to, że praca mnie przytłacza i mam spore kłopoty ostatnio w odnalezieniu jej sensu..? Może wreszcie to, że miotam się w rozważaniach i pytaniach do Boga, jaki ma dla mnie plan? Gdzie jest moje miejsce na ziemi i co powinnam robić, by wypełnić Jego wolę? JAKA jest ta Jego wola wobec mnie? Tego też nie wiem i pytam, choć nadal nie słyszę upragnionej odpowiedzi, wyszeptanej do serca. Nie, to nieprawda, właśnie słyszę, ale taką, która nie uspokaja, która nie rozprasza dręczących myśli, taką, która rodzi dalsze pytania... "Cierpliwości", mówi, "przyjdzie twój czas.." Kiedy? Kiedy przyjdzie ten czas? Co mam robić teraz, by się na ten czas przygotować? Może robię coś nie tak, coś niepotrzebnego? Może np te studia to strata czasu? Przyjaciel mnie uspokaja, że Bóg nawet nasze głupie decyzje potrafi obrócić w coś dobrego. I tego się trzymam, w to wierzę...
piątek, 05 marca 2010
Jestem wykończona... Właściwie to mogę pisać w liczbie mnogiej, bo mój Mąż także. Może nawet on bardziej... W moim przypadku to potwornie szybkie tempo pracy; zaczynam zazdrościć matkom, które poświęcają się wychowaniu dzieci w domu. W tym tygodniu nie miałam zbyt dużo czasu dla Młodego, w środę na przykład wróciłam do domu po 22.00, a on czekał na mnie, bidulek... Miałam wtedy tak ciężki dzień, że zapomniałam zadzwonić do Mamy z życzeniami urodzinowymi. Mąż kochany dalej walczy z robotnikami, którzy powinni byli skończyć remont w hostelu już dawno temu, a tymczasem zaledwie przekroczyli półmetek... Wygląda to nieciekawie, bo wypadałoby zacząć sezon, a pokoje niegotowe... Dziś po raz kolejny przekonałam się, że Opatrzność czuwa. W środę po przyjeździe do pracy zostawiłam samochód na innym parkingu niż zwykle, takim blisko ruchliwej ulicy. O 12.00 wyjechałam służbowo spod firmy do miasta. Dziwnie się śpieszyłam i popędzałam sama siebie, choć spotkanie miałam umówione dopiero na 14.00. O 12.15 rozpędzony TIR wypadł z ulicy i z impetem wpadł na ów parking i skasował doszczętnie cztery auta naszych pracowników. Oczywiście dowiedziałam się o tym po fakcie, ale ciarki przeszły mi po plecach. Samochód, którym przyjechałam wtedy do pracy, nie był mój i był bardzo drogi... Dziękuję :)
wtorek, 02 marca 2010
Dużo czasu minęło, odkąd gościłam tu ostatni raz. Nie mam ostatnio weny, ani serca do pisania bloga. Czuję, że ma to związek z ostatnią sesją coachingową, jaką miałam 2 tygodnie temu. Doszłam do wniosku, że wiele rzeczy w swoim życiu traktuję zadaniowo - postanawiam sobie coś i dobrowolnie narzucam obowiązek, z którego nie potrafię sama wybrnąć, czuję, jakbym była związana jakąś umową, której nie mogę zerwać, umową, której realizacja wpłynie na ocenę mojej osoby. Objawia się to czasem w prostych sprawach: zaczynam czytać książkę i nawet jeśli nie podoba mi się kompletnie, nie potrafię jej odłożyć i przestać tracić czas na czytanie, ale brnę do końca zła na siebie, że nie mogę przestać, a jednocześnie rozdrażniona samą myślą zaprzestania czytania. Gorzej, jeśli moja zadaniowość dotyka spraw poważniejszych, które zaprzątają mój umysł bez reszty i wpędzają mnie w permanentny stan stresu. Nie będę tego tu opisywać w szczegółach, ale bywa to w życiu bardzo frustrujące... W czasie mojej sesji coachingowej dostałam pewne zadanie, które skłoniło mnie do mocnych refleksji i działania. Bardzo bolało (i boli nadal), kiedy starałam się odrzucać te czynności, które podpadały pod "zadaniowość", bolało (i boli nadal), kiedy odrzucam własne poukładanie, nieustającą potrzebę planowania, porządkowania... W ten sposób dotarłam myślami do bloga. A w myślach tych złapałam się na czymś pt.: "muszę napisać coś na blogu". I tu zapaliła mi się czerwona lampka. Przecież, do cholery, nie robię tego dlatego, że dostałam takie zadanie! Sama postanowiłam pisać, a co najważniejsze, postanowiłam to robić z potrzeby dzielenia się moimi przemyśleniami, MOJEJ potrzeby. Jeśli jej we mnie nie ma w danym momencie, to nie wolno mi zmuszać się do tego. A jeśli zacznę się denerwować myślami typu: "co inni pomyślą, a może już nikt nie będzie mnie czytał", itp wtedy całkiem przestanę pisać. Dziś w mojej głowie pojawił się głos: "cokolwiek robisz, przestań to robić myśląc jak ocenią cię inni, zacznij myśleć tylko i wyłącznie o tym, jak oceniam cię Ja i jak z tym czujesz się Ty". Ja wiem, co to za głos. Posłucham Go. Przynajmniej się postaram.
środa, 17 lutego 2010
No to stało się... Dostaliśmy ten wymęczony kredyt. Siedzimy wczoraj z Mężem i patrzymy na siebie, zaskoczeni nieco decyzją banku... I zastanawiamy się: płakać czy śmiać się? No bo cóż nam teraz pozostaje? Powiedzieć B, skoro rzekło się A, czyli zabrać się za budowę domu... Brrr! Straszna perspektywa zmagań z wykonawcami, projektami, zakupami, czasem i zniechęceniem... Na własne życzenie jednak.
wtorek, 09 lutego 2010
Mój Mąż wygląda ostatnio jak cień męża... Wykańczają go systematycznie banki i urzędy. Po pierwsze: walki o kredyt na dom ciąg dalszy. To niewiarygodne, jak pokręcone potrafią być bankowe procedury i jak potrafią zmieniać się w sposób, który ciężko ogarnąć. Jeszcze parę miesięcy temu dostalibyśmy ten kredyt, choć wtedy nasze dochody były na niższym poziomie. Teraz, pomimo wyższych dochodów, w oczach bankowych analityków wiarygodni już nie jesteśmy... Why? Who knows...? Po drugie: urzędy. Od wczoraj przyszły dwa kolejne pisma o kontrolach w hostelu. Dlaczego wszyscy na raz?! Ja wiem dlaczego... Ale przez to przybywa siwych włosów na skroniach mojego Ukochanego... Jest dzielny i się nie poddaje, ale widzę, ile kosztuje go to nerwów... A ja postanowiłam zrobić coś dla ciała: w końcu zaczęłam chodzić na zajęcia fitness. Na razie byłam raz i wszystko mnie boli! Ale nie podaruję tym zimowym wałeczkom w talii :) Pal licho wałeczki, ale przynajmniej przez tę godzinę ćwiczeń zapomnę o problemach dnia codziennego...
poniedziałek, 08 lutego 2010
W piątek długo rozmawiałam z koleżanką z pracy o wierze. Wszystko zaczęło się od tego, że dostałam nagły telefon z kościoła z zapytaniem, czy poprowadzę niedzielną szkółkę dla dzieci. Po pierwsze koleżanka słyszała moją rozmowę telefoniczną, po drugie nie omieszkałam wyrazić swojej obawy na głos (bo w tym naszym nowym kościele jeszcze nie prowadziłam szkółki, nie znałam dzieci i to byłby skok na głęboką wodę) – to wszystko wzbudziło jej ciekawość, więc zapytała: „A o jaki tu chodzi kościół…? Bo brzmi to tajemniczo..” I tak się zaczęło. Rozmawiając z nią, starałam się nie skupiać wyłącznie na różnicach pomiędzy kościołem protestanckim i katolickim, opowiedziałam jej więc historię mojego nawrócenia i to dlaczego jestem w takim właśnie kościele; opowiedziałam jak ważne jest budowanie relacji z Bogiem na co dzień, zapraszanie Go do każdej minuty naszego życia i jak to zmienia człowieka… Widziałam, że była nieco zszokowana, ona – katoliczka, której obce były inne formy oddawania Bogu czci, i żona człowieka wychowanego w domu o silnym podłożu katolickim. Ale jednocześnie była bardzo zaciekawiona. Dziś rano, jak tylko weszłam do pracy, opowiedziała mi, co wydarzyło się w niedzielę podczas mszy, na której była z całą rodziną, a co dało jej bardzo do myślenia w kontekście naszej piątkowej rozmowy. Jej 5-letnia córka, znudzona już pod koniec mszy, zaczęła wiercić się i przewieszać przez drewnianą barierkę. Moja koleżanka upomniała ją, żeby zachowywała się poprawnie, bo w końcu są w kościele, na co dziewczynka odparła z wyrzutem: „Mamo, każdy ma swoją drogę do Pana Boga!” To niesamowite, że Jego mądrość potrafi objawić się nawet poprzez małe dziecko! Mogę tylko przypuszczać, co działo się w głowie mojej koleżanki, kiedy zaaplikowałam jej porcję informacji o tym, że można wielbić Boga klaskając i tańcząc (bynajmniej nie przy organach), modlić się nie klękając, i wcale nie do Matki Boskiej i Świętych, i radzić się Jezusa co do problemów w pracy i kupna nowych butów :) Być może jej naturalnym odruchem było odrzucenie, negowanie – zwykła reakcja na „inność” w stosunku do tradycji… A tymczasem nasz mądry Bóg przemówił do niej ustami jej własnego dziecka: ”Moja droga, każdy przychodzi do mnie inną ścieżką…” Ale ja tylko tak przypuszczam… To zresztą też dla mnie mała lekcja tolerancji :)
poniedziałek, 01 lutego 2010
Kontrola w hostelu pełną parą, jak przywalą nam jakąś karę, to będzie wesoło... Młody wczoraj mało się nie popłakał, że już musi iść do szkoły po dwutygodniowym leniuchowaniu na feriach, ale chyba dziś rano mu przeszło, bo całkiem dziarsko pomaszerował do szkoły obładowany plecakami, torbami, workami na buty... Pocieszał sam siebie: "zobaczę się w końcu z kolegami"... Ja miałam kolejny zwariowany dzień w pracy: spotkania, tzw. calle (czyt. kole), rozwiązywanie tysiąca problemów, odpowiadanie na tysiące maili, itp, itd... Mały sukces: udało się przekonać naszych najważniejszych prezesów, że powinniśmy zacząć starać się o dofinansowania do szkoleń z Unii Europejskiej. Dwa miesiące przekonywania! Zadzwonił Ł. z informacją, że podpisuje kontrakt na projekt rekrutacyjny na HR Managera i jestem jego najważniejszą kandydatką :) Wchodzić znowu w starania o kolejne stanowisko? Może potraktuję to jako sprawdzenie się na rynku pracy... :) Jutro składamy kolejne wnioski o kredyt w kolejnych trzech bankach - może w końcu ktoś nam uwierzy, że jesteśmy wypłacalni? A może jednak nie jest nam pisany dom w tym życiu..? Marzę o tym, żeby była już sobota i żeby spać, dłuuugo spać rano...
wtorek, 26 stycznia 2010
Postanowiłam wykorzystać to, co lubię najbardziej - czytanie książek - do stworzenia nowego bloga... Chcę się tam dzielić swoimi spostrzeżeniami, opiniami, odczuciami - tym wszystkim, co we mnie się budzi, gdy zagłębiam się w kolejną opowieść... Zauważyłam, że mało uważnie czytam książki, oglądam filmy, spektakle. Często nic we mnie z nich nie zostaje... A szkoda. Być może nie uda mi się w fascynujący sposób napisać recenzji, ale potraktuję to jako ćwiczenie pióra :) A zdarza mi się ostatnio coraz częściej poszukiwać odpowiedniego słowa w różnych sytuacjach :(( A mój pierwszy wpis znajduje się tu: www.pasjaczytania.blox.pl
niedziela, 24 stycznia 2010
- O czym jest ta książka i co to znaczy, że ma dramatyczny finał? - pyta Młody zaglądając mi przez ramię. Właśnie przeczytał na okładce krótki opis "Mariny" C.R.Zafona, którą właśnie czytam. - To znaczy, że prawdopodobnie nie kończy się dobrze, tylko jakimś tragicznym wydarzeniem - odpowiadam. - Niefajnie, jak książki źle się kończą; wszystkie powinny kończyć się happy endem... - Wiesz, nie wszystkie historie muszą kończyć się dobrze, żeby były wartościowe; czasem ich znaczenie leży w wydarzeniach, które opisują, w przemyśleniach, które mamy w trakcie czytania... Młody nie wyglądał na przekonanego. - Wiesz - mówi - ty ją przepisz i dopisz jednak happy end... Może tak właśnie zrobię..? Jeśli nie w tej, to w innej historii..?
sobota, 23 stycznia 2010
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Mój książkowy blog:
Duchowo
Gościem u innych
Książkowo
Kuchenne inspiracje
Podziwiam
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||